A A A

Drzwi do raju. Kurdystan iracki z innej perspektywy.

Terytorium dzisiejszego Kurdystanu to obszar gdzie według niektórych hipotez miał się znajdować się biblijny Eden. Przez długie dziesięciolecia europejscy podróżnicy i badacze wędrowali po Bliskim Wschodzie śladami Biblii – i jak przekornie udowadnia Edward Said – siebie samych. W epoce romantyzmu Orient stawał się nieraz wyimaginowanym „rajem” artystów i pisarzy zaludniających swoje dzieła dzikimi bestiami lub tajemniczymi pięknościami. Wszystko to jednak działo się bez udziału samych zainteresowanych – mieszkańców Bliskiego Wschodu. Kilka ostatnich dziesięcioleci stało się czasem uzyskiwania przez nich głosu, choć trudno dziś powiedzieć która umiejętność wydaje się trudniejsza – nauka mówienia dla jednych, czy nauka słuchania dla drugich.

 

Opublikowany w 1978 roku Orientalizm Saida był jednym z pierwszych desperackich krzyków, z którym zmierzyć się musi każdy orientalista – zawodowiec, czy amator. Kurdowie to jedna z tych grup Bliskiego Wschodu, których głos długo nie był słyszany, bo nie bardzo kogo interesował. Kurdowie znajdowali się głęboko, na dnie orientalnej szkatułki, przyciśnięci przez politykę kolonialną państw obcych, ale bezpośrednio i przede wszystkim – swoich własnych sąsiadów. „Posiadanie władzy i kontroli nad” cechował efekt domina: podporządkowani podporządkowywali. Kurdystan wchodzi dziś w skład czterech bliskowschodnich krajów Turcji, Iraku, Iranu i Syrii, ale tylko jedna z części Kurdystanu bywa dziś przez Kurdów określana mianem raju – Kurdystan iracki. Jest to bowiem jedyne miejsce, w którym Kurdowie od kilku lat mogą rządzić się sami. Możliwość taka powstała po obaleniu Saddama Husajna, które nastąpiło w wyniku amerykańskiej (jak chcą niektórzy „imperialnej”) inwazji. Historia nie dla wszystkich jest więc jednoznaczna, co doskonale unaocznia skomplikowanie postkolonialnego świata, w którym nauka słuchania siebie nawzajem nikomu nie przychodzi łatwo. W całym Regionie Kurdystanu – bo tak brzmi jego oficjalna nazwa – widać powiewające kurdyjskie flagi, kurdyjskie napisy, oraz radość z wolności, choć tak jak w każdym innym przypadku, jest ona narażona na wiele wyzwań, nie jest zadaniem łatwym, ani dobrem raz na zawsze uzyskanym. Wręcz przeciwnie, wraz z upływem czasu stawia nowe coraz trudniejsze pytania.

 

Niemniej jednak jest to obraz niezwykły, jeśli spojrzeć na sytuację Kurdów w krajach sąsiednich, nawet w - liberalizującej ostatnio swą politykę wobec tej mniejszości - Turcji. Dlatego też zapewne, gdy moi kurdyjscy przyjaciele z Turcji dowiedzieli się gdzie jestem, napisali mi te zaskakujące słowa: trafiłaś do raju. To sformułowanie towarzyszyło mi na każdym kroku podczas mojej włóczęgi, spotkań z ludźmi, wykładów i wywiadów. Pobyt w raju nie może być przecież czymś zwykłym, musi śmiertelnika do czegoś zobowiązywać. Nawet jeśli łatka „rajskości i niezwykłości” wydaje się już w odniesieniu do Bliskiego Wschodu tak bardzo wytarta. Zdaniem muzułmańskiego myśliciela Ziauddina Sardara, jednym ze ślepych zaułków świata islamu w XX wieku była idea, w którą uwierzyło wielu ludzi, że raj można zbudować na ziemi, raz na zawsze definiując szczęście za pomocą formuły państwa islamskiego, które stałoby się przeciwwagą dla zachodniego nacjonalizmu (często zresztą traktowanego w sposób równie instrumentalny). Sardar apelował by ludzkie wysiłki i dążenia skierować nie na budowanie raju raz na zawsze uformowanego i doskonałego, będącego przestrzenią „obowiązkowej szczęśliwości”, ale by ową skończoną pewność zamienić raczej wiarą i wizją „ciągłej drogi w poszukiwaniu raju” (w podobnym kontekście – jako ścieżkę do wodopoju – tłumaczy samo słowo szaria, oznaczające prawo islamskie). Koncepcja taka zakłada pewną otwartość i nie narzuca gotowych i niepodważalnych rozwiązań. Mimo rozpowszechnionego wśród Kurdów określenia „raj”, Kurdystan iracki wydał mi się właśnie jednym z miejsc gdzie ludzie otwarli się na tę drugą możliwość – próbując nie tyle znajdować, ale poszukiwać własnego „raju”, którego obraz ulegać może ciągłemu uzgadnianiu i doprecyzowaniu. Z drugiej strony pojęcie „raju na ziemi” związane jest dziś dla Kurdów także z realizacją idei narodowej – niepodległego państwa - Kurdystanu. O stopniu jego szczęśliwości zadecyduje jednak przecież nie samo jego potencjalne istnienie, ale system wartości, na którym taka przestrzeń będzie mogła być zbudowana.

 

Jako fotograf odkrywam przestrzenie zupełnie odmienne aniżeli badacz kultury kurdyjskiej. Ale nie są to światy absolutnie od siebie odrębne, zawsze wzajemnie się uzupełniają. Zachwyt fotografa trudno jednak zdefiniować za pomocą narzędzi naukowych. Jest to zresztą zupełnie zbędne, a nawet może okazać się dla fotografii szkodliwe. Dlatego zapewne nie umiem dostatecznie dobrze wytłumaczyć dlaczego tym razem w całym Kurdystanie najbardziej spodobały mi się bramy domów. Mogę powiedzieć tylko, że wydały mi się zaskakującym i pięknym przejawem ludzkiej fantazji i wrażliwości, estetycznej potrzeby, która w każdym przypadku znajdowała zupełnie odmienną realizację. Mimo pewnej powtarzalności motywów, trudno odnaleźć w miastach Kurdystanu (Hawlêru/Erbilu czy Duhoku) dwie takie same bramy. Zachwycają same sobą, lub w połączeniu z jakimś szczegółem muru, ulicy, określonego zdarzenia. Poruszają bramy biedne, odrapane i te wystawne - próbujące zadziwić przepychem; klasycznie zwykłe, ornamentalne i wyszukanie abstrakcyjne. Te „drzwi do raju” wydają się nie mieć końca, nie popadają w schemat, nie poddają się uproszczeniom, są nieskończenie różnorodne, tak jak rzeczywistość wokół, która je stworzyła.

 

W Kurdystanie i w innych częściach Bliskiego Wschodu dom jest przestrzenią intymną i zwykle dość solidnie odgrodzoną od świata zewnętrznego. Otoczenie domu nie jest też na ogół przedmiotem troski i wielkiego zainteresowania, najważniejsze by czystość i porządek tworzyły harmonię wnętrza. Drzwi są więc elementem istotnym, punktem granicznym w wędrówkach codzienności. I mimo, że wydają się tak szczelne wiodą na ogół do świata niezwykle gościnnego, szczodrego i ciepłego, co nie oznacza, że pozbawionego własnych trosk, kłopotów, lęków i nieszczęść. Nigdy wcześniej jednak, w żadnym innym miejscu na świecie drzwi nie wydały mi się szczegółem, który zostałby z taką fantazją z owej codziennej przestrzeni wydobyty i podkreślony. Może więc rzeczywiście nie są to zwykłe drzwi….. Ja chciałabym by stały się zaproszeniem do odkrywania kurdyjskiej rzeczywistości w swej prostocie i zwykłości jakże przecież różnorodnej i niezwykłej.